Wersja wegańska "ruskich". I... w zasadzie moje pierwsze pierogi. Wiem, wiem, jak można nie umieć robić pierogów! No nie umiem. A właściwie nie umiałam. Trochę są koślawe i nierówne, ale... w żołądku i tak się wszystko wymiesza, prawda? :)
Tak czy inaczej - jestem z nich trochę dumna! I były pyszne :)
Przepis oryginalny znalazłam na "amatorskim blogu kulinarnym WEGANIE" - skądinąd fantastycznym :)
Spróbujcie - z ciekawości - nawet, jeśli uwielbiacie klasyczne ruskie z białym serem.
Pierogi orkiszowe z tofu
Ciasto:
2 szklanki mąki orkiszowej (u mnie typ 700 - innej nie miałam)
3/4 szklanki mąki bezglutenowej (koncentrat uniwersalny - dzięki niej są delikatniejsze)
1 szklanka wody
sól - wg uznania
Farsz:
1 kostka tofu naturalnego (180g)
4 średnie ziemniaki (ugotowane)
1 średnia cebula
1 ząbek czosnku
oliwa z oliwek
sól, pieprz (do smaku)
kurkuma (dla koloru)
Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek/olej. Na gorący sypiemy kurkumę - ile kto lubi (a jak ktoś nie lubi, niech nie sypie) - myślę, że tak z 1/2-3/4 łyżeczki. Smażymy kilka(naście) sekund i dodajemy cebulę i czosnek (drobno posiekany albo przeciśnięty przez praskę).
Ziemniaki ugniatamy razem z tofu. Dodajemy cebulę z czosnkiem. Mieszamy, doprawiamy. Gotowe.
Teraz ciasto.
Do dużej miski wsypujemy mąkę orkiszową, sól, wlewamy wodę i mieszamy. Powinniśmy otrzymać klejącą się...masę. Stopniowo dodajemy mąkę bezglutenową. Efekt: nieklejąca się (nadmiernie) kula ciasta.
Wszystkie powyższe czynności możemy też powierzyć mikserowi :)
Kolejny etap: wykładamy ciasto na stolnicę posypaną mąką i wyrabiamy. Jak się będzie kleić - posypujemy mąką (troszkę). Rozwałkowujemy na jakieś 2-3 mm (możemy sobie ciasto podzielić, żeby było wygodniej). Wykrawamy dowolne kształty, np. kółka szklanką czy coś - na środek kładziemy małą kuleczkę nadzienia. Zlepiamy (jak nie będą chciały współpracować, wewnętrzne krawędzie posmarować wodą - odrobinką). Wrzucamy do gotującej się, osolonej wody i trzymamy tam, dopóki nie wypłyną na powierzchnię (jakieś 3 min.).
Mnie najbardziej smakują odsmażone :)
Smacznego!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orkisz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orkisz. Pokaż wszystkie posty
środa, 14 marca 2012
poniedziałek, 6 lutego 2012
Cytrynowa drożdżówka
To 100. przepis na blogu (ha!), zatem musi być naprawdę smakowity :)
Bez specjalnych wstępów - ta drożdżówka jest przepyszna!! Na śniadanie, na podwieczorek, na... pokolację :)
A jak pachnie podczas pieczenia... ach! Miód malina :)

Zainspirowały mnie dwie moje koleżanki, które przepis znalazły i ciacho zrobiły, podkreślając bardzo wyraźnie jego niewątpliwe walory :) Przepis pochodzi z Moich Wypieków. Zmieniłam tylko to, że dałam mąkę orkiszową. Zatem wypiek niestety nie jest bezglutenowy (co dla mnie też nie jest najkorzystniejsze), ale naprawdę nie mogłam się powstrzymać.
Spróbujcie - jest fantastyczne, lekkie, puchate i mocno cytrynowe z chrupiącą skórką :)
Cytrynowe ciasto drożdżowe
Ciasto:
350 g mąki orkiszowej (typ 700)
18 g świeżych drożdży lub 9 g suchych (tym razem dałam świeże)
50 g brązowego cukru
szczypta soli
1/3 szklanki mleka
1/4 szklanki wody
55 g masła
1 i 1/2 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią lub ekstraktu z wanilii
2 duże jajka kurze lub 10 przepiórczych
Nadzienie:
skórka starta z 3 cytryn
1/3-1/2 szklanki brązowego cukru
masło do wysmarowania formy
W oryginalnym przepisie jest foremka o wymiarach 22x12 cm. U mnie okazała się za mała, więc proponuję wziąć większą.
Do czaszy miksera wrzucamy mąkę (zostawiamy sobie pół szklanki na później), drożdże, cukier (brązowy i z wanilią), sól.
Mleko z masłem podgrzewamy mocno aż się masło rozpuści. Dolewamy wodę, studzimy do stanu "mocno ciepłe, ale nie gorące", dodajemy do suchych składników. Mieszamy łopatką, następnie wyrabiamy mikserem, dodając jajka, jedno po drugim (w przypadku przepiórczych, dodajemy po 3). Dodajemy pozostałą mąkę. Jeszcze chwilę wyrabiamy. Ciasto będzie gładkie, acz klejące.
Wyciągamy z misy i wyrabiamy chwilę podsypując mąką. Na początku klei się okrutnie, potem staje się, jak plastelina - gładkie, aksamitne i elastyczne. W takim stanie przekładamy je do czystej miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę - założenie jest takie, że ma urosnąć dwukrotnie.
W tym czasie zalewamy cytryny wrzątkiem na chwilę, wyparzamy ze skórki wszystkie bakterie, zarazki i inne paskudztwa, szorujemy szczoteczką i ścieramy skórkę. Zasypujemy to cukrem. Odstawiamy.
Wyrośnięte po godzinie leżakowania ciasto wyjmujemy z miski, rozwałkowujemy na prostokąt 30x50 cm. Kroimy na 5 pasków 30x10. Pierwszy pasek smarujemy cytrynową skórką, przykrywamy drugim itd. do wykończenia pasków :) Następnie tę "kanapkę" kroimy w poprzek na 6 kawałków. Układamy je w wysmarowanej masłem keksówce pionowo (tak, żeby było widać warstwy). Zostawiamy trochę miejsca z boków - ciasto jeszcze mocno urośnie - i odstawiamy na 45-60 min.
Piekarnik nagrzewamy do 180℃.
Ciasto pieczemy ok. 30 min. Skórka ma się zrobić złoto-brązowa i chrupiąca. Przez 15 min studzimy w formie, potem wyjmujemy i dostudzamy na kratce.
Ciasto jest po prostu PYSZNE :)
Bez specjalnych wstępów - ta drożdżówka jest przepyszna!! Na śniadanie, na podwieczorek, na... pokolację :)
A jak pachnie podczas pieczenia... ach! Miód malina :)

Zainspirowały mnie dwie moje koleżanki, które przepis znalazły i ciacho zrobiły, podkreślając bardzo wyraźnie jego niewątpliwe walory :) Przepis pochodzi z Moich Wypieków. Zmieniłam tylko to, że dałam mąkę orkiszową. Zatem wypiek niestety nie jest bezglutenowy (co dla mnie też nie jest najkorzystniejsze), ale naprawdę nie mogłam się powstrzymać.
Spróbujcie - jest fantastyczne, lekkie, puchate i mocno cytrynowe z chrupiącą skórką :)
Ciasto:
350 g mąki orkiszowej (typ 700)
18 g świeżych drożdży lub 9 g suchych (tym razem dałam świeże)
50 g brązowego cukru
szczypta soli
1/3 szklanki mleka
1/4 szklanki wody
55 g masła
1 i 1/2 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią lub ekstraktu z wanilii
2 duże jajka kurze lub 10 przepiórczych
Nadzienie:
skórka starta z 3 cytryn
1/3-1/2 szklanki brązowego cukru
masło do wysmarowania formy
W oryginalnym przepisie jest foremka o wymiarach 22x12 cm. U mnie okazała się za mała, więc proponuję wziąć większą.
Do czaszy miksera wrzucamy mąkę (zostawiamy sobie pół szklanki na później), drożdże, cukier (brązowy i z wanilią), sól.
Mleko z masłem podgrzewamy mocno aż się masło rozpuści. Dolewamy wodę, studzimy do stanu "mocno ciepłe, ale nie gorące", dodajemy do suchych składników. Mieszamy łopatką, następnie wyrabiamy mikserem, dodając jajka, jedno po drugim (w przypadku przepiórczych, dodajemy po 3). Dodajemy pozostałą mąkę. Jeszcze chwilę wyrabiamy. Ciasto będzie gładkie, acz klejące.
Wyciągamy z misy i wyrabiamy chwilę podsypując mąką. Na początku klei się okrutnie, potem staje się, jak plastelina - gładkie, aksamitne i elastyczne. W takim stanie przekładamy je do czystej miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę - założenie jest takie, że ma urosnąć dwukrotnie.
W tym czasie zalewamy cytryny wrzątkiem na chwilę, wyparzamy ze skórki wszystkie bakterie, zarazki i inne paskudztwa, szorujemy szczoteczką i ścieramy skórkę. Zasypujemy to cukrem. Odstawiamy.
Wyrośnięte po godzinie leżakowania ciasto wyjmujemy z miski, rozwałkowujemy na prostokąt 30x50 cm. Kroimy na 5 pasków 30x10. Pierwszy pasek smarujemy cytrynową skórką, przykrywamy drugim itd. do wykończenia pasków :) Następnie tę "kanapkę" kroimy w poprzek na 6 kawałków. Układamy je w wysmarowanej masłem keksówce pionowo (tak, żeby było widać warstwy). Zostawiamy trochę miejsca z boków - ciasto jeszcze mocno urośnie - i odstawiamy na 45-60 min.
Piekarnik nagrzewamy do 180℃.
Ciasto pieczemy ok. 30 min. Skórka ma się zrobić złoto-brązowa i chrupiąca. Przez 15 min studzimy w formie, potem wyjmujemy i dostudzamy na kratce.
Ciasto jest po prostu PYSZNE :)
niedziela, 30 października 2011
Bułeczki kukurydziano-ziemniaczane
Wróciłam!
I biorę się za nadrabianie braków blogowych :)
Dziś proponuję bułeczki z Pracowni Wypieków - bułeczki kukurydziano-ziemniaczane.
Są mięciutkie, wbrew pozorom dość neutralne w smaku i w sumie proste do zrobienia. W sam raz na leniwe niedzielne śniadanie (oczywiście przygotowane w sobotni późny wieczór). Spróbujcie - polecam!
Bułeczki kukurydziano-ziemniaczane
(na 8-9 sztuk)
300 g mąki orkiszowej (typ 700)
100 g ugotowanych ziemniaków przeciśniętych przez praskę
100 g mąki kukurydzianej
1 łyżeczka suchych drożdży lub 15 g świeżych + 1 łyżeczka cukru
1 1/2 łyżeczki soli
1 łyżka masła
2 łyżeczki oliwy z oliwek
250 ml wody
Jeśli mamy świeże drożdże musimy je rozkruszyć i zasypać cukrem, a kiedy się rozpuszczą dodajemy 2 łyżki mąki i 100 ml ciepłej (nie gorącej!) wody. Odstawiamy na 10-15 min. Po tym czasie dorzucamy resztę składników i zagniatamy ciasto. Powinno być miękkie, elastyczne i nieklejące się.
Przekładamy do miski, przykrywamy folią (miskę) i odstawiamy w ciepłe miejsce bez przeciągów na godzinę.
Wyrośnięte ciasto dzielimy na 8-9 części, ręką posmarowaną oliwą formujemy z nich zgrabne bułeczki-kuleczki, odkładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i odstawiamy na kolejne 30-40 min do wyrośnięcia.
Piekarnik nagrzewamy do 210 st. C.
Następnie posypujemy bułki mąką kukurydzianą albo orkiszową (lub kaszką kukurydzianą).
Na dno piekarnika (albo na najniższą blachę) wsypujemy pół szklanki kostek lodu i wstawiamy bułeczki na środkowy poziom. Pieczemy 12 min, po czym zmniejszamy temp. do 180 st. C, włączamy termoobieg i przyprawiamy nasz wypiek o rumieńce złociste :) (jeśli komuś bułeczki z(a)rumieniły się już podczas tych 12 min pieczenia, to nie trzeba ich dopiekać).
Po upieczeniu spryskujemy delikatnie wodą i odstawiamy do wystudzenia.
Smacznego!
I biorę się za nadrabianie braków blogowych :)
Dziś proponuję bułeczki z Pracowni Wypieków - bułeczki kukurydziano-ziemniaczane.
Są mięciutkie, wbrew pozorom dość neutralne w smaku i w sumie proste do zrobienia. W sam raz na leniwe niedzielne śniadanie (oczywiście przygotowane w sobotni późny wieczór). Spróbujcie - polecam!
Bułeczki kukurydziano-ziemniaczane
(na 8-9 sztuk)
300 g mąki orkiszowej (typ 700)
100 g ugotowanych ziemniaków przeciśniętych przez praskę
100 g mąki kukurydzianej
1 łyżeczka suchych drożdży lub 15 g świeżych + 1 łyżeczka cukru
1 1/2 łyżeczki soli
1 łyżka masła
2 łyżeczki oliwy z oliwek
250 ml wody
Jeśli mamy świeże drożdże musimy je rozkruszyć i zasypać cukrem, a kiedy się rozpuszczą dodajemy 2 łyżki mąki i 100 ml ciepłej (nie gorącej!) wody. Odstawiamy na 10-15 min. Po tym czasie dorzucamy resztę składników i zagniatamy ciasto. Powinno być miękkie, elastyczne i nieklejące się.
Przekładamy do miski, przykrywamy folią (miskę) i odstawiamy w ciepłe miejsce bez przeciągów na godzinę.
Wyrośnięte ciasto dzielimy na 8-9 części, ręką posmarowaną oliwą formujemy z nich zgrabne bułeczki-kuleczki, odkładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i odstawiamy na kolejne 30-40 min do wyrośnięcia.
Piekarnik nagrzewamy do 210 st. C.
Następnie posypujemy bułki mąką kukurydzianą albo orkiszową (lub kaszką kukurydzianą).
Na dno piekarnika (albo na najniższą blachę) wsypujemy pół szklanki kostek lodu i wstawiamy bułeczki na środkowy poziom. Pieczemy 12 min, po czym zmniejszamy temp. do 180 st. C, włączamy termoobieg i przyprawiamy nasz wypiek o rumieńce złociste :) (jeśli komuś bułeczki z(a)rumieniły się już podczas tych 12 min pieczenia, to nie trzeba ich dopiekać).
Po upieczeniu spryskujemy delikatnie wodą i odstawiamy do wystudzenia.
Smacznego!
środa, 12 października 2011
Chałka
Zimno, pada i wieje. A w domu - ciepło ognia, parujące kubki z gorącą kawą z kardamonem, kakao czy herbatą z malinowym sokiem, śpiące koty, mruczący cicho jazz i zapach rosnącego ciasta drożdżowego. Małe szczęścia.
Wszystko, co związane z drożdżami, zawsze było dla mnie wyzwaniem. Wczoraj, na Kwestii Smaku, znalazłam przepis na chałkę i po prostu... postanowiłam ją zrobić :) Jest z nią trochę pracy, ale warto - choćby dla radości obserwowania procesu rośnięcia ciasta i tego fantastycznego zapachu, który wypełnia cały dom.
Miałam grubą mąkę orkiszową (graham, typ 1850), więc ta moja jest dość wytrawna, ale z dżemem smakuje wyśmienicie (myślę, że i z żółtym serem czy szynką parmeńską smakowałaby podobnie. Moja Druga Połówka twierdzi, że najlepsze jest z masłem i solą - l'art de la simplicite). Można oczywiście zrobić klasyczną chałkę z białej mąki.
Mówię Wam - fantastyczność :)
Chałka
- pół szklanki ciepłej wody
- 5 g suchych drożdży lub 12,5 g świeżych
- 3 żółtka z małych jaj kurzych lub 10 przepiórczych (tak, da się oddzielić żółtka od białek i w przepiórczych jajkach :) )
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- 1 i 1/2 łyżki miodu (albo 1,5-2,5 łyżki cukru)
- cukier wanilinowy lub z prawdziwą wanilią
- 1 i 3/4 szklanki mąki orkiszowej albo pszennej
- 3/4 łyżeczki soli
- roztrzepane jajko do posmarowania
- sezam, mak do posypania
I teraz tak:
W ciepłej wodzie rozpuszczamy drożdże. Do tego dodajemy żółtka (o temperaturze pokojowej), oliwę, cukier/miód i cukier wanilinowy. Mieszamy widelcem, roztrzepując żółtka. Mąkę przesiewamy, łączymy z solą i wsypujemy do mokrych składników. Drewnianą łychą mieszamy przez jakieś 2 min. Następnie ciasto odstawiamy na 5 min, żeby odpoczęło, a potem "ubijamy"/wyrabiamy łyżką jeszcze przez 4 min.
Etap II - ciasto wykładamy na wysypaną mąką stolnicę i ugniatamy jakieś 2 minuty (szalenie lubię ten etap!). Jak już tego dokonamy, wkładamy do wysmarowanej oliwą miski, przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na minimum - noc, maksimum - 4 dni.
Rano albo w kolejnym dniu, wyjmujemy ciasto, dzielimy na 5 części i z każdej z nich robimy wałeczek. Powinny być takie same. Sklejamy je na jednym końcu i zaplatamy, jak warkocz, zgodnie z następującym schematem: 1 na 3, 2 na 3, 5 na 2 i tak w kółko :)
Zaplecione ciasto, przekładamy na papier do pieczenia, smarujemy rozbełtanym jajkiem i odstawiamy w ciepłe miejsce (uwaga! bez przeciągów- to ważne, ciasto drożdżowe nie lubi zmian temperatury i wszelkiego przeszkadzania) na godzinę. W tym czasie ciasto mocno wyrośnie, ale my nie dajemy za wygraną, znów smarujemy jajkiem, posypujemy makiem lub/i sezamem i znów na godzinę odstawiamy (jeśli używaliście świeżych drożdży, to na pół godziny).
W międzyczasie piekarnik nagrzewamy do 175-180 st. C.
Chałkę pieczemy 35-40 min. aż do momentu, kiedy skórka będzie rumiana i chrupiąca i z góry i z dołu.
Studzimy na kratce. Kroimy wystudzone.
Smacznego!
wtorek, 12 lipca 2011
Chleb orkiszowy
Mam ostatnio zamęt muzyczny okrutny, stąd te ordynarne przerwy w uzupełnianiu bloga. Wybaczcie.
Dziś krótko i bez opowieści. Postanowiłam upiec chleb jakiś pyszny na drożdżach (bo zakwas jest dla mnie problematyczny przy nietolerancji na pszenicę i żyto). Szukałam, szukałam i znalazłam właściwą recepturę. Nawiasem mówiąc to był pierwszy wypiek z mojego nowego piekarnika :) Jak myślicie? To chyba niezła wróżba, prawda?
No, to zapraszam do obejrzenia i wypróbowania - przepis jest bardzo prosty, a chleb naprawdę 100% godny polecenia!
Chleb orkiszowy na drożdżach
(oryginalny przepis -> tu, zrobiłam z połowy porcji)
400 g mąki orkiszowej (ja miałam grubą - graham)
300 g ciepłej wody
1 łyżeczka soli
3/4 torebeczki suchych drożdży (czyli jakieś 5 g)
1 łyżka oliwy z oliwek
1/2 łyżeczki płynnego miodu
garść ziarna sezamu i siemienia lnianego
Mąkę, sól i drożdże mieszamy w misce. Na środku robimy dołek i wlewamy tam resztę - oliwę, miód i wodę. Wyrabiamy jakieś 5-10 min. Ja wyrabiałam mikserem z takimi mieszadłami do ciasta drożdżowego.
W tzw. międzyczasie można dosypać garść ziaren.
Gładkie, odchodzące od ścianek miski, ciasto przekładamy do foremki (keksówki) wysmarowanej oliwą/masłem i wysypanej mąką (orkiszową np.)/otrębami/bułką tartą. Odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na godzinę - półtorej.
Jak urośnie - wstawiamy do nagrzanego do 200 st. C piekarnika. Pieczemy 40-50 min aż skórka zrobi się brązowa, a chleb, przy postukaniu w niego od spodu, będzie wydawał głuchy dźwięk :)
Zawinięty w ściereczkę, chleb przetrwa kilka dni.
Pychotka!
Smacznego!
piątek, 24 czerwca 2011
Orkiszowa focaccia
Bardzo rzadko, ale jednak czasem brakuje mi chleba. Wtedy najczęściej sięgam po mąkę orkiszową, która nie jest bezglutenowa rzecz jasna, ale mnie się po niej krzywda nie dzieje, więc od czasu do czasu - korzystam.
Strasznie chciałabym zrobić chleb na zakwasie, ale niestety taki zaczyn chlebowy jest mi szalenie ciężko zrobić, bo mąka żytnia nie wchodzi w grę zupełnie. Poszukiwałam więc (jak zwykle) czegoś na drożdżach. Wiem, że takie chleby krócej utrzymują świeżość i nie mają tego zapachu "prawdziwego", wiejskiego bochna, ale cóż zrobię? Lepszy taki chlebek, niż żaden.
A jednak ta focaccia wyszła absolutnie i zaskakująco pyszna! Przepis znalazłam w Pracowni Wypieków. Szybki, prosty i naprawdę - rewelacyjny! Troszkę zmodyfikowałam, bo nie miałam wszystkich składników. Polecam serdecznie :)
Focaccia orkiszowa z ziarnami
450 g ciepłej wody
600 g mąki orkiszowej (ja miałam grubą - graham)
50 g pestek słonecznika
50 g pestek dyni
50 g siemienia lnianego
30 g oliwy z oliwek
1,5 łyżeczki suchych drożdży (albo 20 g świeżych)
1 łyżka cukru
1,5 łyżeczki soli
W misce (raczej większej, niż mniejszej) mieszamy wszystkie składniki - łączymy je dokładnie - ja użyłam miksera z końcówkami do ciasta drożdżowego. Ciasto powinno być dość rzadkie. Jeśli nie jest (moje nie było) - dodajemy 50-70 g wody.
Ciasto przelewamy/przekładamy do prostokątnej foremki (ja miałam taką 23,5 x 33,5 cm) posmarowanej lekko oliwą i wysypanej mąką i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę w ciepłe miejsce.
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Focaccię pieczemy ok 30-40 min., aż wierzch zrobi się złoto-brązowy.
Pyszna też na następny dzień (trzeba koniecznie zawinąć w ściereczkę na noc). Ekstra na kanapki czy grzanki (nawet taka starsza).
Smacznego!
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C
poniedziałek, 23 maja 2011
Ciasto z rabarbarem, jabłkiem i kruszonką
Rabarbar jest PYYYYCHA! :) prawda?
Kilka dni temu buszowałam po targu warzywno-owocowo-kwiatowym, co po prostu uwielbiam! Aż ciężko się zdecydować, co kupić - wszystko wygląda tak fantastycznie!
Wybrałam szpinak, rabarbar, truskawki, pomidory malinowe i ogórki małosolne :)
Dziś - najlepszy, moim zdaniem, sposób na rabarbar.
Ciasto z rabarbarem i kruszonką
(przepis oryginalny -> tu)
Ciasto:
• 180 g mąki (90 g mąki kukurydzianej + 90 g maki orkiszowej)
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia (może być bezglutenowy)
• 1/2 łyżeczki sody
• 200 g miękkiego masła
• 160 g cukru
• 1 pełna łyżka świeżo startego obranego imbiru (ja wsypałam suchy, bo nie miałam świeżego)
• 3 jajka kurze roztrzepane (albo 10 przepiórczych)
• 280 g rabarbaru, pokrojonego na około 2 cm kawałki
• 180 g mąki (90 g mąki kukurydzianej + 90 g maki orkiszowej)
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia (może być bezglutenowy)
• 1/2 łyżeczki sody
• 200 g miękkiego masła
• 160 g cukru
• 1 pełna łyżka świeżo startego obranego imbiru (ja wsypałam suchy, bo nie miałam świeżego)
• 3 jajka kurze roztrzepane (albo 10 przepiórczych)
• 280 g rabarbaru, pokrojonego na około 2 cm kawałki
• 120 g jabłka, pokrojonego w kosteczkę
Kruszonka:
• 50 g masła
• 2 łyżeczki imbiru w proszku
• 50 g brązowego cukru
• 100 g mąki (50 g mąki kukurydzianej + 50 g mąki orkiszowej)
• cukier puder (do posypania, ewentualnie)
• 50 g masła
• 2 łyżeczki imbiru w proszku
• 50 g brązowego cukru
• 100 g mąki (50 g mąki kukurydzianej + 50 g mąki orkiszowej)
• cukier puder (do posypania, ewentualnie)
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.
Robimy kruszonkę - masło roztapiamy, wsypujemy imbir i cukier, a po chwili mąkę. Mieszamy i kruszonka gotowa :)
Teraz ciasto: mąkę przesiewamy do miski, dodajemy proszek i sodę, masło pokrojone na kosteczki, cukier, imbir i jajka. Mieszamy wszystko mikserem. Ciasto wykładamy do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzch kładziemy rabarbar i posypujemy kruszonką.
Pieczemy ok. 40-45 min. Sprawdzamy patyczkiem i na oko :)
Pyszne ciasto! W sam raz na lato :)
Smacznego!
A na deser po deserze...
środa, 13 kwietnia 2011
Ciasto z konfiturą wieczorową porą
Kiedy dzień jest rujnująco wypełniony różnymi pracami, zobowiązaniami i innymi koniecznościami, które przeciągają się długo w czas wieczorowo-nocny, mam ochotę... coś upiec :)
Miksowanie, ważenie, przesypywanie miękkiej, puszystej mąki, ucieranie jajek z cukrem, roztapianie masła, ciepło piekarnika i zapach wanilii są dziwnie uspokajające.
I za jednym zamachem mamy załatwione śniadanie na następny dzień - szczególnie jeśli odwiedzi nas nieoczekiwany, acz zawsze mile widziany, gość :)
Przepis na dziś pochodzi od Liski (chciałoby się rzec - oczywiście). Troszkę zmodyfikowałam.
Dobre to ciasto, proste i, przez grahamową mąkę orkiszową - trochę jakby chlebowo-śniadaniowe. Idealne do czarnej kawy! Naprawdę.
Ciasto jogurtowe z konfiturą
200 g kefiru/jogurtu naturalnego
3 jajka kurze lub 9-10 przepiórczych
300 g mąki orkiszowej (graham)
190 g brązowego cukru
2 łyżki konfitury malinowej (takiej domowej)
60 g masła (roztopionego)
2 łyżeczki proszku do pieczenia (np. bezglutenowego)
*opcjonalnie można dodać aromat waniliowy albo rumowy czy arakowy, cukier z prawdziwą wanilią, ekstrakt z wanilii
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.
Masło roztapiamy w kąpieli wodnej albo na maleńkim gazie (mieszając). Jajka ubijamy z cukrem na gładką, białą masę. Dodajemy masło i jogurt. Miksujemy na wolnych obrotach. Dodajemy mąkę z proszkiem. Znów miksujemy powolutku.
Gładką masę przekładamy do keksówki wysmarowanej tłuszczem (u mnie masłem) i wysypanej delikatnie mąką.
Na wierzch kładziemy konfiturę i patyczkiem lub łyżeczką robimy kilka ósemek, żeby się przemieszało. Nie mieszamy zbyt intensywnie. Chodzi o to, żeby połączyło się troszkę tylko. Takie malinowe esy-floresy.
Pieczemy 50-60 min. Po 50 min sprawdzamy patyczkiem, czy gotowe. Studzimy chwilę w foremce, potem na kratce.
Smacznego!
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Pizza z tuńczykiem i kozim serem
Są takie dni, które płyną wolno, leniwie, jakby od niechcenia...Wtedy mamy absolutną dyspensę na nicnierobienie. Spokojnie zapominamy o istnieniu wskazówek zegara, o ich nieuchronnym ruchu do przodu, tik-tak, nieustannie, wiecznie... Zapadamy się w spokojną ciszę wokół, zagłębiamy w myśli własne lub wspólne, cieszymy rozmową o niebieskich migdałach...
Są takie dni.
Wtedy, jak ulał pasuje powiedzenie ignavis semper feriae ("lenie zawsze mają święto") :)
I naprawdę można nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Święto? A zatem... czas na pizzę! Ale nie taką z pizzerii czy, co gorsza, ze sklepu - zamrożoną.
Pora na pyszną, puszystą, "najdomowszą" z domowych pizzę :)
Proste to, jak drut, nie zmęczymy się ani na jotę, a frajda murowana!
Pizza z tuńczykiem i kozim serem
(przepis na pizzę z tuńczykiem z Whiteplate - zmodyfikowałam po swojemu)
Ciasto:
160 g mąki orkiszowej
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki oliwy
1 łyżeczka (czubata) suszonych drożdży
100 ml ciepłej wody
Na wierzch:
sos pomidorowy (passata, sól, pieprz, zioła, jakie kto lubi - może być taka mieszanka suszonych ziół do pizzy)
pół papryki
czerwona cebula
1/2 puszki tuńczyka w sosie własnym (osączonego)
kilka plasterków koziego sera (twardego)
kilka plasterków pleśniowego brie z oliwkami
tarty parmezan
Drożdże i sól rozmieszać w ciepłej wodzie.
Dolać oliwę, wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce na 10 min.
Dodać mąkę i zagniatać tak długo, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Uformować kulę, posmarować leciutko oliwą ze wszystkich stron i przełożyć do miski.
Przykryć czystą ściereczką i odstawić tam, gdzie ciepło na 1-1,5 h. U mnie stało niedaleko gorącego piekarnika i chyba było mu tam dobrze :)
Można piec na kamieniu, ale jeśli się nie ma - okrągłą blaszkę (albo jaką mamy) wykładamy papierem do pieczenia. Rozwałkowujemy ciasto mniej więcej do kształtu blaszki (powiedzmy, że więcej niż do koła o średnicy 30 cm to już nie próbujmy, bo nam ciasta zabraknie;) ). Smarujemy sosem pomidorowym, układamy dodatki, posypujemy ziołami, solą i pieprzem (jeśli sos nie jest wystarczająco słony i pieprzny) i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 st. C. na tyle, żeby się ser roztopił, a pizza na brzegach zrobiła rumiana.
Wyciągamy, kroimy, wcinamy :)
Smacznego!
środa, 6 kwietnia 2011
Bezinteresowność i ciasto z malinami
Posiadanie ogrodu jest czymś magicznym. Codziennie odkrywam coś nowego, świeżego, kwitnącego i po prostu pięknego! Ostatnio dostałam od mojej sąsiadki prześliczne prymulki. Po prostu przyszła i posadziła mi kilka w ogrodzie, kiedy mnie nie było. Upiekłam jej w zamian ciasto bananowe. Tutaj to takie proste - mam coś, to się podzielę... W mieście spotkałam się z taką bezinteresownością tylko dwa razy. Kolejny plus dla wsi.
Uwielbiam wiosnę, ale strasznie tęsknię za... malinami. Normalnie nie jem rzeczy mrożonych, ale moja chętka na maliny była tak silna, że żaden racjonalny argument nie dał sobie z nią rady :)
Dzisiejsze ciasto malinowe jest proste, szybkie i bezproblemowe. Chociaż, jak będę je robiła kolejny raz (bo pewnie będę) - zrobię kruchy spód. Ten jest taki, hmm, półkrucho-chlebowy (może dlatego, że użyłam razowej mąki orkiszowej). Kruchy byłby lepszy.
Ciasto z malinami
(przepis oryginalny z Whiteplate)
200 g mąki orkiszowej
100 g brązowego cukru
1 łyżeczka przyprawy do piernika
130 g serka waniliowego (albo takiego zmielonego do sernika)
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia (może być bezglutenowy)
50 g posiekanego masła
300 g malin (o tej porze roku - mrożonych; jeśli tylko są świeże - mrożone odchodzą w niepamięć)
1 łyżka cukru do posypania
Piekarnik nagrzewamy do 200 st. C.
Mąkę, cukier, proszek i przyprawę do piernika wysypujemy na stół lub stolnicę, na środku robimy dołek, wkładamy tam serek, zasypujemy. Siekamy razem z masłem (jak na kruche ciasto), potem zagniatamy tak długo, aż ciasto będzie gładkie i sprężyste.
Ciasto można też wyrobić mikserem.
Formę (taką okrągłą do tarty) smarujemy tłuszczem (albo spryskujemy, jeśli dysponujemy takim sprzętem) i wylepiamy ciastem, tworząc wysoki brzeg. Do środka wsypujemy na pół rozmrożone maliny. Posypujemy łyżką cukru, wstawiamy do piekarnika na 30-35 min.
Proste, prawda?
A smaczne :)
Zatem - smacznego!
piątek, 11 marca 2011
Ciasto bananowe 2

Ciasto bananowe to jeden z moich ulubionych pomysłów śniadaniowych (dopóki nie ma świeżych owoców).
Tym razem skorzystałam z tego przepisu, przerobiwszy go po swojemu.
Miód, banany i ciemna mąka dają mu wartości odżywcze, migdały chrupią cudownie, kefir zapewnia wilgotność, a dzięki przyprawom, ciasto pachnie nieziemsko.
Polecam wstanie godzinę wcześniej i przygotowanie tego ciacha do porannej kawy :) nie będziecie żałować!
Ciasto bananowe z mąką gryczaną
1 szklanka mąki orkiszowej
3/4 szklanki mąki gryczanej
1 1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka przyprawy do kawy*
1/4 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki miodu
1/3 szklanki oliwy z oliwek
1/4 szklanki kefiru (naturalnego)
1/2 szklanki posiekanych migdałów
2 jajka kurze albo 8 przepiórczych
4 banany (rozgniecione na papkę)
1 torebka cukru wanilinowego albo z prawdziwą wanilią, jak ktoś ma pod ręką
(w oryginalnym przepisie jest też czekolada posiekana albo figi suszone - jakoś nie doczytałam o tej czekoladzie, a myślę, że może być smakowite:) )
Piekarnik nagrzewamy do 170 st. C.
W jednej misce mieszamy suche: mąki, sodę, cukier wanilinowy/waniliowy i brązowy, posiekane migdały (+figi lub czekoladę, jeśli się ktoś zdecyduje na tę opcję).
W drugiej misce roztrzepujemy jajka, dolewamy miód, oliwę i kefir. Mieszamy na gładką masę. Dodajemy do rozgniecionych bananów. Mieszamy łyżką. Kiedy się połączą (szybko to się dzieje), dodajemy do suchych składników. Mieszamy.
Masę przekładamy do foremki keksowej posmarowanej oliwą i wysypanej mąką (np. gryczaną).
Pieczemy godzinę. Sprawdzamy patyczkiem, czy gotowe - jeśli tak - wyciągamy i przez chwilę zostawiamy w foremce (10-15 min.). Potem wyciągamy na kratkę i studzimy (jakieś pół godziny). Kroimy jak będzie przestudzone - łatwiej.
Rewelacyjne z kubkiem czarnej kawy!
Pyszne również 2 dni po upieczeniu (a nawet 3 - o ile dotrwa! :)).
Dobrego dnia!
* zamiast przyprawy do kawy (ja używam podlaskiej przyprawy do kawy z Darów Natury) może też być tea masala, przyprawa do piernika lub mieszanka cynamonu, kardamonu, goździków i imbiru
piątek, 4 marca 2011
Po prostu pizza
Po nieprzyzwoitej wręcz ilości słodkości wczorajszych, dziś przyszedł obowiązkowy czas na coś konkretnego, słonego i obiadowego. Wybór padł na pizzę.
Lubię to włoskie danie - smaczne, domowe i jakieś takie...rodzinne. Choć rodzinności u mnie mało (jeszcze...), smakowitość i domowość mają swoje absolutnie priorytetowe miejsce.
Zatem... pizza. Po prostu.
Pizza
Ciasto:
200 g mąki jakiej się chce (orkiszowej, bezglutenowej, pszennej - lub pomieszanych - ja wzięłam resztkę mąk z wczorajszych pączków: bezglutenowa + ryżowa + orkiszowa)
pół szklanki ciepłej wody
pół paczki suchych drożdży
szczypta soli
1/3 łyżeczki cukru
Sos pomidorowy:
3/4 szklanki passaty
2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
oregano lub zestaw ziół do pizzy
sól, pieprz
łyżka oliwy z oliwek
Na pizzę:
co się lubi - ja dałam to, co było w lodówce, czyli: paprykę, pomidora, oliwki zielone, groszek, czerwoną cebulę, ser żółty (zwykły i z czosnkiem niedźwiedzim)
W szklance z ciepłą wodą rozpuszczamy drożdże, cukier, oliwę z oliwek. Odstawiamy na 5 minut.
Mąkę/mąki i szczyptę soli wysypujemy na stolnicę lub do dużej miski, robimy dołek na środku i powoli, zagarniając mąkę łączymy z wodą, drożdżami, itd. Wyrabiamy ciasto 10 min do gładkiej wersji.
Robimy kuleczkę zgrabną, wkładamy do miseczki, smarujemy delikatnie wierzch oliwą, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę.
W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 220 st. Na ostatnie 20 min przed wyrośnięciem ciasta, wkładamy blaszkę do piekarnika, coby się ogrzała.
Po godzinie, jak już ciasto urośnie, robimy z niego placek cienki (można troszkę rozwałkować) - ja robię to na papierze do pieczenia, bo mam blachę średniej jakości i się przykleja (obojętnie, czy posmaruję oliwą czy nie). Pizzę szybko smarujemy sosem pomidorowym, nakładamy dodatki i do piekarnika. Na jakieś 15 min. Trzeba sprawdzać, czy ciasto nie jest już surowe, a ser roztopiony. Czasem trzeba dać pizzy (szczególnie tej z ciemnej mąki) więcej czasu.
Wyjąć, pokroić na piękne trójkąty, polać resztą sosu pomidorowego i zajadać.
Smacznego!
czwartek, 3 marca 2011
Pączki - a jednak!
Aż w końcu... Eureka! Od czego mam jako-taką intuicję kulinarną?
Pogrzebałam trochę w przepisach różnych, poinspirowałam się, otworzyłam lodówkę, zerknęłam na regał kuchenny i...wymyśliłam swoją wersję pączków tłustoczwartkowych :) Jest w nich trochę mąki orkiszowej, którą mogę jeść, więc nie są takie ortodoksyjnie bezglutenowe, ale myślę, że spokojnie można ją w całości zastąpić ryżową albo jaką z manioku czy kukurydzianą (kolor będzie ładny).
Pączki prawie-bezglutenowe
1 szkl. mąki bezglutenowej (uniwersalny koncentrat)
3/4 szkl. mąki ryżowej
3/4 szkl. mąki orkiszowej
1 szklanka mleka sojowego
3/4 opakowania suchych drożdży (czyli ok 4-5 g)
6 łyżek brązowego cukru
4 łyżki roztopionego masła
5 jajek przepiórczych (albo 2 zwykłe)
smalec do smażenia (można też olej albo Plantę - jak kto woli)
Mleko podgrzewamy troszkę (ciepłe ma być, ale nie gorące). Rozpuszczamy w nim 1 łyżkę cukru i drożdże. Mieszamy. Odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (na 30 min).
Mąki mieszamy w misce z cukrem pozostałym. Jajka ubijamy (można to zrobić trzepaczką albo mikserem - ja miksera akurat nie mam), masło topimy. Po pół godzinie sprawdzamy, czy zaczyn się "ruszył" (tzn. urósł troszkę, na powierzchni pojawiły się bąbelki). Jeśli tak - wlewamy do niego jajka i masło. Delikatnie mieszamy i przelewamy do mąk z cukrem. łagodnie i powoli mieszamy, aż powstanie gładkie ciasto (bez grudek). Kiedy już nam się to uda - przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na godzinę.
Po tej godzinie, wstawiamy na gaz duży garnek i roztapiamy smalec/Plantę lub podgrzewamy olej. Warto tłuszcz podgrzewać wolno (na średnim ogniu lub w połowie "stawki" na płycie). Trochę dłużej poczekamy, ale unikniemy potem efektu, że pączek z zewnątrz się spali, a w środku będzie surowy.
Na papierze do pieczenia formujemy małe kuleczki (jak się nie uda kuleczki to się nie przejmujcie - to ciasto bardzo się klei) - najlepiej łyżką albo łyżką i nożem (do pomocy:) ).
Wrzucamy kawałeczek pączkowego ciasta - jeśli nie przykleja się do dnia, nie opada i natychmiast otacza go milion małych bąbelków - można zacząć działać.
Trzeba tych pączków pilnować, żeby nam się nie spaliły, ale to w sumie miłe zajęcie :)
Jak będą brązowe i chrupiące, wyciągamy na papierowy ręcznik, żeby nadmiar tłuszczu wchłonął.
Możemy wrzucić testowo dwa i sprawdzić, czy się "dosmażyły" w środku. Jeśli tak - smażymy dalej, jeśli nie (a z zewnątrz są brązowe, musimy ochłodzić troszkę tłuszcz -> zmniejszamy gaz i czekamy chwilę).
Te pączki to wersja bez nadzienia. Następne zrobię z powidłami :)
Można sobie dżem albo powidła położyć obok i wcinać.
Smacznego!!
sobota, 26 lutego 2011
Sobotni goście i muffiny z bananami, czekoladą i odrobiną kawy
"Gość w dom - Bóg w dom", zatem dziś mój dom był pełen Bożej obecności :)
(nie tylko ze względu na lokalizację)
Goście to miła odmiana od codziennej "bezludności" wsi. Człowiek, który przekracza próg naszego domu, przynosi ze sobą swoją historię, śmiech, dobre słowo... To cenne. Zabieram, utrwalam i zachowuję na te bardziej szare momenty.
Dzisiejszy dzień w ogóle był dniem niespodzianek.
Lubię niespodzianki, choć niektóre bywają mocno obarczone emocjonalnymi konsekwencjami.
A jednak "dziś" był dobre i...prawdziwe.
Muffiny bananowe z czekoladą i espresso
(oryginalny przepis z Whiteplate)
Przepis po moich modyfikacjach:
4 dojrzałe banany (nie bójmy się takich z prawie czarną skórką)
3/4 szkl. brązowego cukru
150 g masła (topionego)
1/4 szkl pełnotłustego mleka (ja robiłam na sojowym)
1 duże jajko (albo 4 przepiórcze)
1 1/2 szkl mąki orkiszowej
2 łyżeczki mocnego espresso
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia (2 łyżeczki, jeśli używamy bezglutenowego)
1 łyżeczka soli (płaska!)
85 gram czekolady białej
85 g czekolady gorzkiej (takiej 90% kakao najlepiej)
3/4 szkl. brązowego cukru
150 g masła (topionego)
1/4 szkl pełnotłustego mleka (ja robiłam na sojowym)
1 duże jajko (albo 4 przepiórcze)
1 1/2 szkl mąki orkiszowej
2 łyżeczki mocnego espresso
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia (2 łyżeczki, jeśli używamy bezglutenowego)
1 łyżeczka soli (płaska!)
85 gram czekolady białej
85 g czekolady gorzkiej (takiej 90% kakao najlepiej)
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.
Czekolady kroimy na kosteczkę małą lub łamiemy na małe kawałeczki (jak ktoś ma czekoladowe groszki - można wykorzystać).
W jednej misce umieszczamy: rozgniecione widelcem banany, roztopione masło, mleko, jajko/jajka, espresso i cukier.
W drugiej: mąkę, proszek do pieczenia i sól.
Łączymy zawartości obu misek. Jak już to zrobimy, dorzucamy czekoladowe kawałeczki i mieszamy raz jeszcze (łyżką oczywiście).
Formę wykładamy papilotkami, nakładamy ciasto i pieczemy ok 25-30 min. Sprawdzamy patyczkiem - jeśli jest suchy, wyjmujemy muffiny z piekarnika i studzimy na kuchennej kratce.
Uwaga: muffiny są uzależniające :)
Прятного аппетита!
czwartek, 24 lutego 2011
Wieczorne ciasto bananowe
Bardzo lubię piec w nocy...
Uwielbiam tę ciszę, spokój, miękką ciemność i wypełniający cały dom zapach...
To koi serce, zwalnia kołowrót galopujących myśli i emocji, pozwala doświadczać wszystkimi zmysłami...
...tęsknota jest trudna i bolesna...
dobrze więc mieć na podorędziu taki prosty sposób chwilowego jej utulenia.
Ciasto bananowe
(przepis z Whiteplate)
4 bardzo dojrzałe banany
150 g brązowego cukru
1 jajko kurze (lub 4 przepiórcze)
75 g miękkiego masła
1 cukier waniliowy
170 g mąki orkiszowej
szczypta soli
1 łyżeczka sody
150 g brązowego cukru
1 jajko kurze (lub 4 przepiórcze)
75 g miękkiego masła
1 cukier waniliowy
170 g mąki orkiszowej
szczypta soli
1 łyżeczka sody
Nagrzewamy piekarnik do 170 st. C (jak ktoś ma taki piekarnik, jak mój, czyli bez perfekcyjnej regulacji - uspokajam - w 180 st. też się upiecze).
W miseczce rozgniatamy widelcem banany i mieszamy z masłem (ja je rozpuściłam), cukrem brązowym i cukrem waniliowym (ja miałam wanilinowy bez prawdziwej wanilii i też dobre wyszło) i jajkiem.
Do tego domieszać należy mąkę, sól i sodę.
Można dodać aromat waniliowy (ślicznie pachnie potem).
Wymieszać zwykłą łyżką, przełożyć do posmarowanej masłem i wysypanej mąką lub bułką tartą foremki keksowej. Wygładzić powierzchnię troszkę (ręką można). Wsadzić do piekarnika i piec godzinę.
Wyrasta wolno, ale wyrasta - tak, że nie martwcie się, jeśli od razu się nie ruszy :)
Wystudzić w foremce. Podobno najlepszy na następny dzień - jak keks.
Smacznego!
niedziela, 20 lutego 2011
Muffiny z bakaliami - czyli rozpusta w środku nocy!
Zdarza się tak, że znienacka całkiem i zupełnie nieoczekiwanie napada nas ochota na coś słodkiego. Prawda?
I często jest tak, że nie satysfakcjonuje nas zwykła czekolada, czy kupne ciastko. No, przynajmniej ja tak mam.
Tak się właśnie stało teraz - w środku nocy niemalże (za 20 min. będzie północ) naszła mnie chęć - ba! nawiedziła kulinarna chuć! A, że chuci tej rzucać nie zamierzałam, postanowiłam oddać się jej w ucisk (dobrowolnie!), wykorzystać energię i zrobić bakaliowo-piernikowe muffiny. Po pierwsze - szybko, po drugie - miałam akurat wszystkie potrzebne składniki, po trzecie - miło wstać rano i mieć coś tak dobrego na podorędziu.
Muffiny zainspirowane przepisem z Kwestii Smaku na babeczki orkiszowe.
MUFFINY BAKALIOWO-PIERNIKOWE
Składniki:
- 1,5 szklanki mąki orkiszowej
- 2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia (albo trochę mniej zwykłego - 1-1,5 łyżeczki)
- 1 duże jajko albo 5 przepiórczych
- 1/4 szklanki oliwy z oliwek (albo roztopionego masła, jak ktoś woli)
- mały jogurt naturalny (ja dałam grecki, bo taki akurat miałam)
- pół szklanki płynnego miodu (no, może być 1/3, chociaż ja chyba dałam pół - chyba, bo na oko było)
A na bakaliowe "nadzienie":
- pół szklanki suszonej żurawiny (albo więcej, jak ktoś lubi)
- pół szklanki (przynajmniej) posiekanych orzechów włoskich
- 3/4 tabliczki posiekanej na kawałeczki gorzkiej czekolady
- kandyzowane różne różności (takie, jak do keksa) albo kandyzowana skórka pomarańczowa
- 2 łyżki przyprawy do piernika
- 1/4 szklanki soku z pomarańczy świeżo wyciśniętego
W przepisie była jeszcze skórka starta z pomarańczy. Ja jej nie dałam, bo mi się nie chciało, mówiąc uczciwie, jej ścierać, ale myślę sobie, że to byłby doskonały dodatek. W wersji dla dorosłych można dodać Cointreau.
I teraz tak:
Piekarnik nagrzewamy do 170-180 st. C. Formę mufinkową wykładamy papilotkami.
W jednej misce mieszamy suche: mąkę, proszek, bakalie, czekoladę i przyprawę do piernika, w drugiej - "mokre": jogurt, miód, jajka lub jajko i oliwę/masło. Potem łączymy. Mieszamy dużą łychą. Jak jest wymieszane, przekładamy w miarę sprawiedliwie i równo do wszystkich papilotek.
Pieczemy jakieś 15-20 min. Sprawdzamy patyczkiem. Ważne też, żeby nie przesuszyć muffinów.
Dla absolutnych smakoszy - wersja ulepszona - upieczone muffiny smarujemy... nutellą :) PYSZNOŚCI !!
(ale uwaga - naprawdę wysoko kaloryczna to wersja)
Bon Appétit!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































