czwartek, 9 czerwca 2011

Pasztet z soczewicy

Upał zelżał, słońce schowało się za chmury i ustąpiło miejsca szarości poranka, szarości dnia i szarości zmierzchu. Może to i dobrze, bo upał w mieście jest jednak trochę męczący, a ja ostatnio mało czasu spędzam w domu... Na szczęście zostają mi jeszcze wieczory, kiedy mogę przygotować coś smacznego, naturalnego, domowego. Takie małe CoNieCo.
Te szarości i brudne zieloności zaokienne przypominają mi... soczewicę:)
I właśnie to będzie dzisiejsza bohaterka. Pasztety lubiłam zawsze. Kiedyś głównie mięsne, bo ziarna jakoś nie miały uprzywilejowanej pozycji w moim Domu Rodzinnym. Teraz, kiedy gospodaruję sobie sama, mają swoje miejsce na podium. Lubię mieszać różne fasolowate i próbować, co z tego wyjdzie. Lubię pasztety z dodatkiem selera czy pestek. Ten dzisiejszy jest prosty. Niemal jednoskładnikowy. Niemniej jednak - pyszny! Szczególnie z chrzanem albo ogórkiem kiszonym (i na orkiszowym, domowym chlebku - najlepiej takim na pół czerstwym).





Przepis oryginalny znalazłam: tu.



Pasztet z soczewicy


200 g suchej zielonej soczewicy
2 średnie marchewki, pokrojone na cienkie plasterki
1 pietruszka, pokrojona na cienkie plasterki
1 cebula
1/2 główki czosnku
1 łyżeczka kminu indyjskiego
1/2 łyżeczki kurkumy
sól - ile kto lubi
oliwa z oliwek do podsmażenia cebuli, czosnku i warzyw
3 jajka kurze lub 9 przepiórczych

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.

Soczewicę gotujemy w osolonej wodzie z liściem laurowym (lub kilkoma). Po ugotowaniu - liście należy usunąć.

Cebulę siekamy, czosnek przeciskamy przez praskę. W przepisie oryginalnym czosnek był pieczony i była go główka cała. Można i tak zrobić - wtedy wkładamy czosnek do 180 st. C (w łupinkach!). Pieczemy aż zmięknie.
Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, wrzucamy przyprawy. Chwilę przesmażamy, dodajemy cebulę i czosnek. Solimy. Jak się zeszkli, dorzucamy marchewkę i pietruszkę. Smażymy chwilę, aż warzywa lekko zmiękną.Wyłączamy gaz.

Ugotowaną soczewicę odlewamy, studzimy odrobinę, dorzucamy warzywa i lekko mielimy/rozdrabniamy. Autorka przepisu podkreśla, że dobrze jest zostawić trochę niezmielonych kawałeczków. Ja zmieliłam 3/4 na pastę i połączyłam z resztą niezmieloną zupełnie. Sprawdziło się całkiem dobrze :)

Po zmieleniu, dodajemy jajka, solimy do smaku i przekładamy do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (niekoniecznie) keksówki. Ja miałam taką silikonową - polecam (to jeden z lepszych prezentów, jakie ostatnio dostałam!:) ).

Pieczemy ok. 30 min.

Podajemy pokrojony w plasterki, na chlebie lub bez. Raczej w zimnej wersji, choć i na ciepło można jeść (też pyszne).

Smacznego!

2 komentarze:

  1. Fajny fasolowaty (genialne określenie :D) pasztet - lżejszy niż mięsny i zdrowszy...pycha!

    OdpowiedzUsuń
  2. zgadzam się :) właśnie zaserwowałam sobie porcję kolacyjną!

    OdpowiedzUsuń